20.9.11

XLVII AKCJA GTWB - MIASTO W ŚWIETLE LATARŃ

Temat dzisiejszej akcji potraktuję przewrotnie. W jaki sposób?Po pierwsze, oba zdjęcia przedstawiają latarnie w świetle, a nie światło latarń. Chociaż trzeba przyznać, że przynajmniej na pierwszym zdjęciu jest to światło innej latarni.
Po drugie, oba zostały wykonane w tym samym miejscu - w bramie Pałacu Jabłonowskich przy placu Teatralnym, jednak w dwóch zupełnie różnych momentach. Przy placu, który będąc jednym z najładniejszych w Warszawie, jest jednocześnie tak spaskudzony wieczorem przez megasłupolatarnie parkingowo-budowlano-lotniskowe, że traci swój cały urok, zamiast zyskiwać go wieczorem jeszcze więcej.

Światłem można wiele zdziałać. Niestety, w obie strony.

H_Piotr.

14.9.11

WARSZAWSKIE POŻEGNANIA? WORONICZA 16

Ulicę Woronicza (nie Woroniczą, jak mawiają niektórzy) zna chyba cała Polska. Szczególnie adres Woronicza 17, pod który w szalonych latach 90-tych słało się pocztówki na konkursy licząc na wygranie cinquecento, albo kosza słodyczy od sponsora.

Mało kto wie, że ulica Woronicza przed wojną była małą, nic nieznaczącą osiedlową uliczką, do tego raczej w sferze planów, niż realizacji. Dużo szerszą, ważną w skali dzielnicowej miała być sąsiednia ulica Naruszewicza (notabene - obie nazwy pochodzą od nazwisk polskich biskupów i jakoś nikomu to nie przeszkadza).

Przy ulicy Woronicza stoją jedynie cztery budynki przedwojenne - kamienica na rogu z Puławską (trochę nijaki "biedamodernizm" z lat 30-tych), słynna na całą Warszawę szkoła "królowka" - L.O. im. Królowej Jadwigi (niedawno opanierkowane styropianem, ale dość kurturarnie), i dwa małe domki kilkurodzinne.

Jeden z stoi na rogu z ulicą Bełską (nazwa od miasta Bełz), ale jest mocno nietypowy - ma dwie fasady pod kątem rozwartym (zaznaczonym na czerwono), podczas gdy ulice stykają się pod kątem prostym. Jest to ślad po przedwojennych zamiarach przeprowadzenia tędy południowej obwodnicy kolejowej miasta. Elewacja od Bełskiej miała być od Bełskiej :), a ta sześciookienna, stojąca pod kątem do Woronicza, miała wychodzić na linię kolejową. (spójrz tu) Niemcy mieli jednak inne plany co do rozwoju Warszawy i nic z tego nie wyszło. Kamienica ta stoi już od dawna opuszczona, wysiedlona, zamurowana - przygotowana do wykonania wyroku. Nie jest wartościowa architektonicznie, ale raczej urbanistycznie - jest ostatnią pamiątką po planach z czasów Stefana Starzyńskiego.
Drugi domek stoi między Krasickiego (ups, kolejny biskup!), a Alejami Niepodległości*, dużo bliżej tej pierwszej ulicy. Niestety ostatnio jak przechodziłem mimo adresu Woronicza 16, zobaczyłem, że nie wygląda już tak, jak na poniższym zdjęciu, ale też ma zamurowane okna. Wyrok wydano. Modernistyczna, elegancka przedwojenna willa widać komuś przeszkadzała. postawią tu wieżowiec? A może Woronicza Residence z tralkami z gipsu?
Spieszmy się kochać modernizm. Tak szybko odchodzi.

H_Piotr.

* - w mokotowskim dialekcie Aleje Niepodległości i Pola Mokotowskie zawsze są w liczbie mnogiej. Tak jak Plac Wilsona przez W, a nie Ł w dialekcie żoliborskim.

3.9.11

WIATA STARSZA OD ŚWIATA

Jest typ wiat przystankowych, który nazywam "wiata starsza od świata". Do niedawna były jeszcze dwie przedstawicielki. Teraz jest już tylko jedna.

To zdjęcie zrobiłem zaledwie półtora miesiąca temu. Nie wiedziałem, że to ostatnie zdjęcieWiata przystankowa przy Cmentarzu Żołnierzy Włoskich na Marymonckiej została - jak się dowiedziałem - usunięta. Pocięto ją i wywieziono na złom.
Tak wyglądała w świetle dziennym.

Wiata przystankowa na Przasnyskiej stoi jeszcze, ale jak długo?

Czy doczeka się zabezpieczenia i umieszczenia w przyszłym Muzeum Komunikacji Miejskiej tak, jak autobusy i tramwaje remontowane i przywracane wielkim kosztem przez Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej?

31.8.11

OBALAMY MITY I STEREOTYPY O WARSZAWIE - WPŁYW NA WŁADZĘ

Dziś rozprawię się z mitem, jakoby warszawiacy mieli większy wpływ na władzę, niż pozostali mieszkańcy Polski. Zobaczymy też, kto ma największy wpływ.

Zainteresowałem się wyborami do parlamentu już teraz i wszedłem na stronę Państwowej Komisji Wyborczej, skąd wziąłem dane do tych obliczeń. Jeśli post jest zbyt długi, to czytajcie tylko podkreślone i wytłuszczone fragmenty - tam jest wszystko, co najważniejsze.

Po raz pierwszy w wyborach do władz centralnych zrealizowany będzie postulat okręgów jednomandatowych - w wyborach do Senatu. Idea okręgów jednomandatowych ma sens, gdy okręgi są podobnej wielkości, bo w założeniu miała dać równy głos wszystkim uprawnionym obywatelom. Zobaczmy, jak się to sprawdza w polskiej rzeczywistości.
Liczby podawane tutaj to liczba głosujących wybierających jednego senatora. Czyli im mniejsza ta liczba, tym dla głosujących lepiej - ich głos bardziej się liczy. Zakładam też (pochopnie), że senator z okręgu naprawdę coś dla tego okręgu robi.

Warszawa jako ludne miasto została podzielona na cztery okręgi:
- nr 42. Praga południe, Praga Północ, Rembertów, Targówek, Wesoła; 332 442 uprawnionych
- nr 43. Mokotów, Ursynów, Wilanów, Wawer; 358 441 uprawnionych
- nr 44. Białołęka, Bielany, Śródmieście, Żoliborz; 309 057 uprawnionych
- nr 45. Bemowo, Ochota, Ursus, Włochy, Wola; 335 536 uprawnionych

Co daje razem 1 335 476 uprawnionych, którzy wybiorą CZTERECH senatorów. Daje to reprezentację jednego senatora na 333 869 osób.

Ponieważ wszystkich upoważnionych w Polsce jest 30 608 831, to średnio jeden senator powinien wypadać na 306 088 osób. Czyli Warszawa jest niedoszacowana.

Najmniejsze okręgi (czyli ich głos się de facto najbardziej liczy):
- nr 67. Kwidzyn, Malbork, Nowy Dwór, Sztum; 177 280 uprawnionych
- nr 49. Białobrzegi, Grójec, Kozienice, Przysucha; 193 706 uprawnionych
- nr 69. Częstochowa; 194 166
- nr 48. Siedlce; 198 135 uprawnionych
- nr 18. Chełm, Krasnystaw, Włodawa; 209 813 uprawnionych
- nr 17. Biała Podlaska, Parczew, Radzyń Podlaski; 217 613 uprawnionych
- nr 25. Kutno, Łęczyca, Łowicz, Poddębice; 229 063 uprawnionych

W tych siedmiu najmniejszych okręgach mieszka 1 202 993 uprawnionych do głosowania, czyli o 132 483 mniej osób, niż w Warszawie, a jednak wybiorą SIEDMIU senatorów, a nie CZTERECH.

Można też w drugą stronę, najliczniejsze okręgi:
- nr 30. Chrzanów, Oświęcim, Wadowice, Myślenice, Sucha Beskidzka; 513 750 uprawnionych
- nr 9. Bydgoszcz, Świecie, Tuchola; 482 640 uprawnionych
- nr 6. Milicz, Oleśnica, Góra Śl., Oława, Strzelno, Środa Śl., Trzebnica, Wołów, okolica Wrocławia (bez samego Wrocławia); 473 454 uprawnionych

Jak widać w tych trzech okręgach 1 469 844 uprawnionych, czyli o 134 368 więcej, niż w Warszawie, a jednak wybiorą oni TRZECH senatorów.

Jednak gdy zsumować 7 najmniejszych i 3 największe okręgi, to mieszka w nich łącznie 2 672 837 osób uprawnionych, czyli niemal dokładnie tyle co dwie "uprawnione" Warszawy (2 670 952), jednak te 10 okręgów będzie reprezentować DZIESIĘCIU senatorów, podczas gdy dwie Warszawy byłyby reprezentowane przez OŚMIU.

A teraz porównamy "moc wyborczą" największych polskich miast i aglomeracji. Jeden senator przypada na:

Samo miasto / "otoczka" / średnio aglomeracja
-------------------------------------------------------
Warszawa - 333 869 / 397 468 / 335 069
Wrocław - 249 714 / 473 454 / 324 294
Łódź - 335 180 / 271 964 / 314 108
Kraków - 292 534 / 339 031 / 308 033
Trójmiasto - 324 493 / 259 185 / 302 724
Katowice - 250 569 / 298 285 / 291 468
Poznań - 429 472 / 252 643 / 341 058

Z wielkich polskich miast tylko Łódź (niewiele) i Poznań (bardzo) zostały gorzej potraktowane przez władze centralne. Najłaskawiej przez "włodarzy" został potraktowany GOP, Trójmiasto, Kraków i Wrocław.
Nietrudno policzyć, że gdyby głosy warszawiaków były tak równoważne, jak wrocławian, to reprezentowałoby nas 5,34 senatora. A gdyby warszawskie głosy były tak mało znaczące, jak poznańskie, to mielibyśmy 3,22 senatora z Warszawy. Może to brzmi zabawnie z tymi pokrojonymi senatorami, ale jakoś nie jest mi do śmiechu.

A przecież trzeba pamiętać - masa ludzi zameldowanych "gdzieś tam", a przyjeżdżających do Warszawy do pracy weźmie zaświadczenia i zagłosuje tutaj. Wszyscy głosujący z zagranicy zagłosują również w okręgach warszawskich. Czyli "moc wyborcza" głosu warszawiaka jeszcze bardziej przez to osłabnie.

Miasta, w których okręgi wyborcze nie pozwalają na oddzielenie miasta od jego aglomeracji:
Bydgoszcz (ze Świeciem i Tucholą) - 482 640
Toruń (z Chełmnem) - 373 854
Lublin - 274 189
Opole - 206 593
Rzeszów (z Łańcutem) - 329 636
Białystok (z Sokółką) - 402 041
Zielona Góra (z Krosnem Odrzańskim i Świebodzinem) - 256 674
Gorzów Wlkp. (z Międzyrzecem, Drezdenkiem, Słubicami i Sulęcinem) - 305 895
Kielce - 326 124
Szczecin (z Policami) - 371 453
Olsztyn (z Nidzicą i Szczytnem) - 312 471
Częstochowa - 194 166

Mieszkańcy średniodużych miast też mają na ogół większy wpływ na skład przyszłego Senatu, niż warszawiacy. Spośród tych miast rekordzistką jest Częstochowa, ale Opole i Zielona Góra mają wynik też niczego sobie. Szczecin i Toruń zostały potraktowane "z buta", ale to, co zrobiono bydgoszczanom, to po prostu świństwo.
Gdyby warszawiacy byli w tak dobrej sytuacji jak częstochowianie, to z warszawskich okręgów do Senatu poszłoby 6,88 senatora! A gdyby byli w tak złym położeniu, jak bydgoszczanie, to zaledwie 2,77 senatora.

---

Tyle, jeśli chodzi o mit wielkiego wpływu warszawiaków na władzę.

Tyle też, jeśli chodzi o mit równości obywateli.
Jeśli jesteś mieszkańcem Oświęcimia, to Twój głos liczy się jak 1/3 (ściślej 34.5%) głosu mieszkańca Malborka.

H_Piotr.

PS. Komentarze dotyczące "PISuarów" i "POlszewii" będę niemiłosiernie wycinał. Ten post nie jest o polityce, ale o mitach i stereotypach o Warszawie.

29.8.11

NAZWIJMY MOST - EPILOG?

Głosowanie się zakończyło. 80%głosujących wybrało "Most Północny". Czy radni uwzględnią ten wynik? Mam nadzieję, że tak.

Szczerze mówiąc - też zagłosowałem na "Most Północny", chociaż ta nazwa nie jest jakoś wyjątkowo piękna. Poza tym - nigdy już nie będziemy mieć żadnego most bardziej na północ od Północnego?

Bardzo mało głosów (ok. 4%) padło na "żadne z powyższych. Też takiego głosu nie oddałem, bo uznałem, że radni mogą to uznać za przyzwolenie na jakąkolwiek słuszną w ich mniemaniu nazwę.

Pewnie jak większość, zagłosowałem "przeciw" Marii Skłodowskiej-Curie. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ma ona już ulicę w Warszawie - śliczną, zaciszna uliczkę na Ochocie, obok pomniczka jej poświęconego (jednego z najładniejszych w Warszawie) i obok Instytutu Radowego ufundowanego przez nią (dziś część Centrum onkologii) - najlepszego pomnika, jaki można sobie wymarzyć.

Ale nie tylko dlatego. Jestem w ogóle przeciwny koniunkturalnemu nadawaniu nazw, nawet (a może szczególnie) od osób zasłużonych, powszechnie szanowanych, acz zupełnie niezwiązanych z miejscem, które ma nosić ich imię. To znany syndrom ulicy Stołecznej/Popiełuszki i ronda Babka/Zgr. AK "Radosław".

Kiedyś jeszcze (jeśli zechcecie przeczytać) szerzej o tym napiszę.

H_Piotr.

22.8.11

XLVI AKCJA GTWB - WSZYSTKIE ZAPACHY WARSZAWY...

Przyszła w piątek burza...... z ulewą...
... i pokrzyżowały moje plany terminowego uczestnictwa w 46. akcji GTWB. Czemu? Bo urwała mi od internetu.

Zapachy burzy, deszczu, mokrej ziemi to jedne z tych, które kojarzą mi się z Warszawą. Właściwie występują wszędzie tam, gdzie burza, ulewa i mokra ziemia, ale najczęściej zjawisko to obserwuję w Warszawie właśnie :)

Zapachem, który jednak jest ściśle związany z Warszawą i nie występuje nigdzie indziej, jest zapach warszawskiego metra. Ale nie poczujecie go na stacji, ani w wagonie (w wagonie można poczuć inne zapachy :) lecz przy wywietrznikach, szczególnie na południowym, pierwszym otwartym odcinku Kabaty - Politechnika. Idąc Al. KEN lub Alejami Niepodległości przytknijcie czasem nos do kratek wywietrznikowych -

tak, to o to właśnie mi chodzi.

H_Piotr.

17.8.11

NAZWIJMY MOST

Na stronach internetowych magistratu można znaleźć (z trudem :) zakładkę z konsultacjami społecznymi co do nazwy nowego (wkrótce ma się zakończyć budowa) mostu zwanego roboczo Północnym.

Do wyboru są trzy opcje:
- Północny
- Marii Curie-Skłodowskiej
- żadna z powyższych

Głosować można do 25 sierpnia, czyli zostało mało czasu. Nie trzeba podawać żadnych danych osobowych, jedynie zaznacza się dzielnicę, w której się mieszka.

Serdecznie zapraszam,
H_Piotr.

15.7.11

SZOPUBODUŁENA

Mamy w Warszawie dwie ulice nazwane od dwóch zacnych patronów: księdza Gabriela Baudouina i Fryderyka Chopina, który księdzem nie był.

Ksiądz Baudouin założył w 1732 roku pierwszy w Polsce przytułek dla dzieci (istnieje on zresztą do dziś jako Dom Dziecka nr 15), a Frycek to wiadomo co zrobił.

Obaj dostali w wolnej Polsce (po 1918 roku) ulice - Baudouin tam, gdzie była pierwsza siedziba jego przytułku, a Chopin tam, gdzie akurat była świeżo wytyczona, ładna ulica. Na fali spolszczania (spalszczania?) pisowni obco brzmiących nazwisk, nazwano ulice Boduena i Szopena. Do dziś zresztą jedziemy Aleją Waszyngtona, a nie Washingtona oraz rodowici żoliborzanie mówią o placu Wilsona przez "W", a nie "Ł" (o samym prezydencie mówią przez "Ł", ale to temat na odrębny wpis). Czasem dochodziło do takich potworków, jak "ulica Koracjego".

Po II Wojnie Światowej zarzucono wiele burżuazyjnych, sanacyjnych zwyczajów i postanowiono pisać nazwiska oryginalną pisownią. Corazzi dostał w końcu ulicę Corazziego (zresztą zupełnie inną, niż planowaną przed wojną). Nieznany nikomu Szopen znów stał się Chopinem.

I tylko Baudouin wciąż występuje pod pseudonimem "Boduen", przez co mało kto wie, o kogo w ogóle chodziło. Tak więc Polaka o francuskobrzmiącym nazwisku piszemy z francuska, a Francuza piszemy w wersji spolonizowanej.

H_Piotr.

10.7.11

PARK FONTANN - RECENZJA Z POKAZU

Rzadko piszę recenzje, ale jak już, to od razu na dwóch blogach. Ta będzie ściśle związana z Warszawą.

Wczoraj wybrałem się na pokaz fontann na skwerze im. I Dywizji Pancernej. Nie słyszeliście o takim? Nic nie szkodzi. Chodzi o skwer u podnóża skarpy wiślanej na wysokości Nowego Miasta.

Fontanny były drogie, miały być świetną rozrywką dla ludu. No i są.

A teraz w podpunktach (bo tak szybciej i klarowniej) wyłuszczę plusy i minusy nowomiejskich podskarpianych fontann.

Plusy:
1. Dobrze, że są. Choć widać, że popyt na nie jest tak duży zarówno w dzień, jak i wieczorem przy pokazach, że powinny taki stać chyba w każdej dzielnicy.
2. Są w niezłym miejscu. Z jednej strony w Śródmieściu, a z drugiej w dość spokojnym miejscu.
3. Naprawdę sprawdzają się w ciągu dnia.

I to chyba koniec plusów. Minusy dzielą się na te związane z umiejscowieniem, wykonaniem itp. oraz na te bezpośrednio związane z programem "artystycznym":
1. Główny zarzut, z którego wynika wiele innych to taki, że pomysłodawcy i projektanci nie przewidzieli, że fontanny staną się tak popularne.
2. Pokaz pierwotnie był tylko raz w tygodniu. teraz jest dwa razy - w piątki o soboty o 21.30. A czemu w czasie wakacji nie jest codziennie?
3. Z powodu takiego, a nie innego umiejscowienia fontanny i niewycięcia części drzew (co oczywiście samo w sobie jest bardzo dobre) niewiele jest miejsc, z których fontannę naprawdę dobrze widać.
4. Mimo, że to teren otwarty, to tak naprawdę są tylko 3 wejścia - od południa, od północy i z góry skarpy po schodach. To samo z wyjściami po skończonym pokazie.
5. Zupełnie nierozwiązana kwestia parkingowa. Obecnie i tak ponoć jest lepiej, niż miesiąc temu, bo wtedy kierowcy wjeżdżali prosto do parku i parkowali na trawie. Teraz "jedynie" obstawili wszelkie chodniki (nawet tam, gdzie stoją znaki zakazu zatrzymywania), a przejeżdżający Wisłostradą spowodowali korek gapiąc się na pokaz. Stały tam co prawda dwa radiowozy, ale policjanci nic nie zrobili (albo to, co robili było nieudolne). Strażników miejskich wlepiających mandaty nieprawidłowo parkującym kierowcom nie uświadczyłem.
6. Tłumy były tak niemiłosierne, że przychodząc godzinę przed pokazem ledwo udało mi się zająć miejsce, z którego dobrze wszystko widziałem. Oczywiście nie jest to wada samych fontann, ale łączy się z punktem nr 2.
7. Fatalne nagłośnienie. Zaprojektowane chyba pod pokaz dla 300 ludzi, a nie dla 3000. W dodatku jakiś debil w samochodzie stanął na prawym pasie Wisłostrady na cały pokaz z włączonym umcyk-umcyk i policjanci oczywiście nic mu nie zrobili. Jego łupanina było dużo głośniejsza od muzyki z pokazu. Czasem o tyle, że nie mogłem rozpoznać melodii.

8. Sam pokaz był NIEMIŁOSIERNIE NUDNY I NIECIEKAWY.
Pod "Mam tak samo, jak Ty..." szły filmiki przedstawiające Warszawę - zbiór przypadkowych ujęć pokazujących przejeżdżające samochody i przechodzących pieszych. Cykl "Legendy warszawskie" stanowił zbiór laserowych nieruchomych obrazków zmieniających się na tyle szybko, że niektórych z nich nie rozszyfrowałem. Przez cały ten czas fontanny były WYŁĄCZONE, a filmiki i obrazki wyświetlane na wodnej mgiełce.
Jedyne ciekawe fragmenty, to te, w których rzeczywiście fontanna "tańczyła" i "mrugała" w takt muzyki. A były to dwa utwory - walc z "Nocy i dni" oraz nierozpoznana przez mnie melodia zagłuszona przez łupaninę drechola. Ta najciekawsza część trwała jakieś 6 minut...

9. Pokaz był stanowczo za krótki - trwał jedynie 23 minuty (co w kontekście nudy i beznadziei może być paradoksalnie atutem).

10. Jak już opisałem szerzej w punkcie 8. - obecny pokaz nie wykorzystuje możliwości technicznych fontanny. Czyli są to pieniądze wyrzucone w błoto.

11. raz się zaśmialiśmy na cały głos (aż ktoś nas uciszał) - kiedy "Legendę o Bazyliszku" przetłumaczono na angielski jako "The legend of the Basilisk".

12. Połowa ludzi widziała wszystkie laserowe wyświetlanki w lustrzanym odbiciu. Nie przeszkadza to zbytnio przy obrazkach, ale gdy pojawiał się tekst, to tak. Zaś część ludzi, którzy nieopatrznie usiedli w "złym" miejscu, laserowych wyświetlanek nie widziała w ogóle.

Podsumowując:
Jestem mocno rozczarowany wieczornym pokazem. Dużo lepszy i ciekawszy widziałem dwa lata temu w dwudziestopięciotysięcznym Wągrowcu w Wielkopolsce. Nie mam poczucia straconego czasu tylko z powodu miłego towarzystwa i krótkiego czasu trwania tej pomyłki. Szczerze odradzam pójście tam wieczorem. Dopóki nie zmienią programu pokazu, nie wrócę. Natomiast sama fontanna spełnia swoje zadanie w ciągu dnia. Ale widać, jak Warszawa jest w tym temacie zaniedbana - były tam tłumy z chyba całej Warszawy. Każda dzielnica powinna mieć po takiej fontannie.

H_Piotr.
PS. Taki sam tekst wrzucam na mój drugi blog - Wynurzenia. Tam bardziej pasuje tematycznie, ale tu może dotrze do większej liczby czytelników. Bo ja naprawdę szczerze odradzam wybieranie się na ten pokaz.

12.6.11

BLOK TO CZY KAMIENICA?

Po pierwsze - bardzo Was przepraszam za komórkową jakość zdjęć, ale tak wyszło i na razie nie mogę tego zmienić. Może pod koniec czerwca podmienię je na lepsze, przedstawiające te same obiekty. Nie to jest jednak tu najważniejsze.

Chodzimy ulicami Warszawy, mijamy różnorakie budynki. Zbudowane w różnych latach, w różnych stylach, w różnym celu. Ustawione do ulicy przodem, bokiem, tyłem...
Spośród wszystkich budynków, utarło się nazywać kamienicami (czasem z dodatkiem - "czynszowymi") budynki:

- zwrócone ozdobną (w miarę możliwości i według mody) fasadą przodem do ulicy
- tworzące pierzeję uliczną
- zazwyczaj z lokalami usługowymi na parterach (mieszkania w mniejszości)
- stykające się ścianami szczytowymi
- posiadające zazwyczaj bramy przejazdowe prowadzące na podwórza

Klasyczny przykład kamienicy czynszowej stoi sobie na rogu ulic Pięknej i Mokotowskiej. Zaprojektowana przez Mariana Lalewicza w latach 20-tych. Kamienicą jest bez wątpienia - wszak spełnia wszystkie postawione wymogi. Przedstawia sobą styl zwany zmodernizowanym klasycyzmem.

Odwracamy się o 180 stopni i oczom naszym ukazuje się socrealistyczny... blok? kamienica?
Ciężki orzech do zgryzienia. Też spełnia wszystkie wyżej postawione wymogi. Jedyną różnicą między tym budynkiem, a poprzednim jest czas powstania (ok 25 lat później), styl architektoniczny oraz - że tak powiem - osoba inwestora :)
Tu sprawa się komplikuje jednak jeszcze bardziej, bo o ile poprzedni budynek jest prawdopodobnie własnością komunalną (czyżby zatem status kamienicy wyznaczała forma własności? Co więc z kamienicami znacjonalizowanymi dekretem Bieruta? Stały się z dnia na dzień blokami?), no więc skoro poprzedni jest komunalny, to poniższy jest prawdopodobnie spółdzielczy.
Spółdzielczość jest formą własności zdecydowanie bliższą pojedynczemu lokatorowi. A co, jeśli podczas ostatnich dwudziestu lat utworzyła się tu wspólnota mieszkaniowa? Wtedy status prawny tego budynku nie różni się już niczym od kolejnej kamienicy Lalewicza z ulicy Mokotowskiej - tej z podwóreczkiem w kształcie litery "U" (ups, wydało się - przedwojenna kamienica nie tworzy pierzei, lecz stoi wycofana od ulicy - jest zatem blokiem?)
Jeśli dodam jeszcze, że budynek ów zaprojektowany został przez Bohdana Lacherta i Wincentego Szobera około 1957 roku (czyli zaledwie kilka lat po poprzednim i ok. 30 po pierwszym z tej trójki) oraz wybudowany z cegły, to nawet pomysł wydzielenia bloków według typizacji projektów oraz stosowania prefabrykatów nie trzyma się kupy (nota bene, na moim blogu gościł już nawet domek jednorodzinny z wielkiej płyty).

Pytania zatem do Was, drodzy czytelnicy stali i przelotni:

Co jest blokiem, co jest kamienicą?
Czym jest blok, czym jest kamienica?
Jaka jest między nimi granica?

Architektoniczna? Stylowa? Techniczna? Społeczna? Własnościowa? Prawna? Urbanistyczna? Stanu za(nie)dbania? Jeszcze jakaś inna?

Który z tych trzech budynków nazwalibyście kamienicą, a który blokiem?

To jak - pomożecie?
Wasz H_Piotr.